Reklama:

Ateny. Z dala od gruzów

dodany: 21.11.2009, autor: Anna Ochremiak

Ateny. Z dala od gruzów
fot: Anna Ochremiak

Ateński dzień trzeba zacząć od kawy. Kawiarnie są na każdym rogu, otwarte od rana do późnej nocy. No, przynajmniej od takiego rana, jakie jesteśmy w stanie znieść na urlopie. Wystarczy.

Kawa jest dobra. Czy to maleńkie mocne espresso, czy kawa po grecku (zwana w innych krajach kawą po turecku), czy cappuccino z pianką. Zawsze dostaniemy do niej szklankę zimnej wody, czasem maleńkie ciasteczko. Miło posiedzieć przy stoliku, spoglądając na spacerujących niemrawo po turystycznyh dzielnicach westmanów i niespiesznie zmierzających w określonym, choć sobie tylko znanym kierunku ateńczyków. Może idą do pracy?

Na popołudniową kawę warto zabłądzić gdzieś do normalnej, nieturystycznej dzielnicy zwyczajnego miasta. Wejść do kawiarni, w której będą siedzieli mężczyźni, będą palili miejscowe, wcale nie wykwintne papierosy, będą popijali kawę albo ouzo, będą grali w karty albo w warcaby, oglądali telewizję, czytali gazety. Sami faceci, no może oprócz kelnerki. A kawa nie gorsza niż pod Akropolem, a w zupełnie innej cenie. Tam za naparstek espresso zapłacimy nawet 5 euro, tu – tylko 1 – 1,50.

Wieczorem na Place

Zamieniona w deptak ulica Ermou w dzielnicy Plaka wieczorem należy do czarnoskórych ateńczyków. Ciągną tu ze wszystkich stron, wychodzą z bocznych uliczek. Każdy niesie na plecach ogromny tobół zawinięty w prześcieradło. Rozpakowuje go wprost na chodniku, a na prześcieradle rozkłada towar: torby, torebki, rzadziej paski, portfele, portmonetki. Wszyscy mają to samo. Próbują coś sprzedać, pracują. Nagle na deptak wjeżdża policja. Może nie nagle: spokojnie, ale na sygnale. Trzy radiowozy pełne umundurowanych mężczyzn. Przed nimi Murzyni zwijają swoje stoiska. Łapią prześcieradła za cztery rogi, zarzucają tobół na plecy i nikną w zaułkach. Ledwie przeminie miganie koguta, pojawią się znowu.

Nie dam na komunistów
Nieopodal narodowego Muzeum Archeologicznego stoi gmach politechniki. Dobiega stamtąd gwar, nawoływania przez szczekaczki, z głośników lecą rewolucyjne pieśni. Co się dzieje?
Jest 17 listopada, rocznica wydarzeń sprzed lat. Protesty studentów przeciwko dyktaturze czarnych pułkowników rozjechano wtedy czołgami. Rok później pułkowników nie było już u władzy. Teraz ten dzień jest świętem, podczas którego demonstracja wędruje ulicami Aten sprzed politechniki do amerykańskiej ambasady. Kawał drogi.
Na razie jest jednak spokojnie. Dwie młode panny podbiegają do nas i próbują nam sprzedać czerwono-czarną karteczkę. Dziękujemy.
– Nie chcecie wesprzeć Komunistycznej Partii Grecji? – pytają trochę natarczywie. Nie chcemy. Nie chce mi się tłumaczyć pannom, że komunizm to ja już widziałam. I że nie będę go wspierać...
Przemówienia, wieńce pod pomnikiem ofiar, stragany z dziełami Lenina, komunistyczne plakaty. Z nieba lecą ulotki. Ktoś zachęca do czegoś, siedząc pod portretem Stalina. Na latarniach flagi z sierpem i młotem. Czerwone. Koszulki z portretem Che Guevary i „Precz z imperializmem”. Policja przygotowuje się na wieczorną manifestację. W czarnym szpalerze mundurowych wyposażonych jak na wojnę demonstranci przewędrują swoją coroczną trasę. Transparenty, okrzyki, błyski petard. Nie było bitwy.

tekst pochodzi z Dziennika Gazety Prawnej

zajrzyj na te strony:

komentarze: 0

Zobacz, gdzie to jest

Reklama:

Pooglądaj na zdjęciach

fot: Anna Ochremiak

Znajdź nas na Facebook'u

Zaproś znajomych ze szlaku

Jeśli na naszych stronach znajdujesz ciekawe informacje, zaproponuj im, by również tu zaglądali.

jego e-mail