Civita. Umierające miasto
dodany: 16.12.2009, autor: Adam Gąsior
Civita w centralnych Włoszech zwana jest
La Citta che Muore czyli Umierające Miasto. Przypomina samotnego strażnika broniącego tajemnic wzgórza, na którym stoi i urwistej doliny pod nim. Wszyscy sądzą, że za moment padnie, a miasto-strażnik trwa.
Od kiedy przed laty przeczytałem o tym miejscu w „Wyspach Zaczarowanych” Waldemara Łysiaka wiedziałem, że muszę je zobaczyć, dotknąć, przeżyć. W przewodnikach polskojęzycznych nie istnieje ono jako godne zobaczenia.
Łysiak tak przedstawił Civitę: „Góra lub raczej solidna piramida skalna, niby kopia wertykalizowanych rysunków Szancera, pnąca się ku niebu i zwieńczona pod chmurami plamą zabudowań”.
Żeby to zobaczyć trzeba dojechać do miasteczka Bagnoregio w centralnych Włoszech, w prowincji Viterbo. To godzina jazdy samochodem z Rzymu i tyle samo ze Sieny. Tak więc, czy zwiedzamy Wieczne miasto, czy Toskanię warto poświęcić jeden dzień na wycieczkę do Civity.
Samochód zostawiamy na krańcu Bagnoregio, stąd już tylko pieszo. Obie miejscowości łączy betonowa, kilkusetmetrowa kładka, powoli wznosząca się ku górze. Z początku kładki najlepiej widać cel naszej wyprawy. Nieco bajkowo wyglądają budynki wieńczące samotną skałę. Wzgórze było zamieszkiwane
od epoki żelaza, mocno zaznaczyli swą obecność tutaj Etruskowie. Ostre zbocza tufowe opadają ku płynącym poniżej dwóm rzekom: Chirac i Torbido. Dolina oraz okoliczne wzgórza i formacje skalne toną
w zieleni. Civita i Bagnoregio zawsze były połączone mostem. Oba grody rozwijały się dość harmonijnie,
oba pod wpływem rodów rządzących niedalekim Orvieto.
W średniowieczu Civita zasłynęła jako miejsce urodzenia przyszłego świętego Bonawentury. Jan
di Fidanza z czasem stał się jednym z najważniejszych teologów epoki, generałem zakonu franciszkanów (zwanym często ojcem zakonu), organizatorem soboru w Lyonie. Dzisiaj św. Bonawentura jest patronem franciszkanów, matek oczekujących potomstwa, dzieci, budowlańców i teologów.
Błogostan mieszkańców panował aż do końca wieku XVII. 2 czerwca 1695 roku zaczęła się tragedia miasta. Aż do 15 lipca, codziennie okolicę nawiedzały większe i mniejsze wstrząsy. Większość budynków uległa zniszczeniu, zginęło 32 mieszkańców. Gdy pozostali odbudowali miasteczko, natura postanowiła
z nich zakpić. Kolejne trzęsienia ziemi następowały aż do początku XX wieku. Mało kto wytrzymałby ciągłą walkę z naturą. Jako pierwszy miejscowy biskup, w roku 1699, przeniósł swoją siedzibę do Roty. Warto podkreślić że od tego czasu most był zniszczony i aż do roku 1901 miasto było całkowicie izolowane
od świata.
W roku 1922 rząd zarządził ostateczną ewakuację wszystkich mieszkańców w bezpieczniejsze miejsca.
I chociaż początkowo wielu z n ich zignorowało nakaz, to z czasem coraz więcej ludzi opuszczało Civitę
w poszukiwaniu łatwiejszego życia. W roku 1951 pisarz Bonawentura Techhi, urodzony w Civicie, po raz pierwszy nagłośnił problem umierającego miasta. Projekt pomocowy Civita Project ma pomóc uratować miasto i ludzi. Sprowadza się artystów (w miesiącach letnich otwierają tu galerie), prowadzi restauracje zabytków (m.in. kościoła). Wielkim admiratorem miasta jest od lat 90. amerykański przewodnik i globtroter Rick Stevens, który na swojej stronie ciepło pisze i mieście i zaprasza do niego. U nas w latach siedemdziesiątych napisał o Civicie Waldemar Łysiak w rozdziale „Miasta umierają jak bogowie” wspomnianej powyżej książki…
Pniemy się po wąskiej betonowej kładce. Do wnętrza prowadzi jedyna ocalał brama – świętej Marii.
Wciąż pustka, chociaż, jak się zdaje, idziemy główną uliczką. Zresztą pustka i cisza nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie. Łatwiej i lepiej kontemplować to co widzimy dookoła. Urok Civity polega na tym, że zdaje się jakby zastygła od wieków. Fasady renesansowych domów, łuki bram, wykusze, ciche zaułki. Tu nigdzie nie jest daleko. Ulice przebiegające z zachodu na wschód prowadzą do dwóch placyków i dalej,
ku drugiemu końcu miasteczka, zakończonemu przepastnym urwiskiem. Tam znajdują się jaskinie po Etruskach, częściowo zasypane, częściowo zagospodarowane na magazyny, kapliczki, mieszkania.
Wracamy do malutkiego centrum. Z cienia wychyla się staruszka. Maria zaprasza gestem na miniaturowe podwórko swojego domu. Tu, w cieniu wisi tabliczka z wypisaną niewprawną ręką ofertą zwiedzania ogrodu (za 1 euro). To miniaturowe lapidarium, oglądamy wygrzebane przed laty szczątki sztukaterii, jakieś resztki rzeźb, porcelanowe i gliniane naczynia.
Siadamy w miło chłodnym wnętrzu winiarni. Oprócz nas i gospodarzy jest tu dwóch mężczyzn. Naprzeciwko knajpki, kamiennej ławie ukrytej w cieniu kościoła – kolejnych dwóch z fifkami w ustach.
W oknie kobieta wywiesza pranie, zagaduje do niej sąsiadka. Średnia wieku – około sześćdziesiątki.
W miasteczku na stałe mieszka około trzydziestu osób, latem odwiedza je codziennie około trzystu.
W winiarni i w malutkiej tratorri obok możemy nie tylko wypić wino lub grappe. Warto poprosić o bruschette a na deser lokalne ciasto – ciambellę. Wino ma doskonały smak , przechowywane jest w jaskiniach pamiętających czasy Etrusków.
autor jest redaktorem naczelnym Magazynu Turystycznego Wasze Podróże
zajrzyj na te strony:
![]() |
„Florencja to najpiękniejsze miasto na świecie. Urodziłem się tu 40 lat temu, ale od 10 lat mieszkam w Polsce i dopiero teraz, z dystansu, zaczynam doceniać, w jak pięknym miejscu miałem szczęście się wychować” pisze na stronach albumu „Moja Toskania” Witold Casetti. W przewodniku pod tym samym tytułem opisywał ulubione zakątki Toskanii, tutaj pokazuje na zdjęciach jej barwy, zapachy i klimaty. |








