Fiord Porsangen. Opowieść o sławojce
dodany: 30.03.2010, autor: Jacek Michałowski
Na naszym parkingu od rana niespiesznie pojawiają się różne pojazdy. Poza śpiącymi tu trzema kamperami coraz ktoś przystaje, ponieważ jest to pierwszy w drodze z Finlandii widokowy parking nad fiordem.
No i także – jak gdyby nigdy nic – podjeżdża od przeciwnej strony (czyli od północy, lub jak kto woli – z głębi Norwegii) dość zwyczajnie wyglądający dziarski VW Passat B4 w wersji kombi. Wóz raczej dobry niż zły – zadbany 8-10 latek. Z wozu wysiada na oko dość sympatyczny facet około czterdziestki. Nie wygląda na turystę, raczej na lokalsa – jakiś solidny gość – drobny biznesmen, albo może jakiś geodeta, a może serwisant czy technik – niewysoki, raczej krępy, sympatyczna twarz, broda, okularki, dynamiczne ruchy. Idzie do kibla.
Zapomniałem powiedzieć – na parkingu, jak zwykle w Skandynawii, stoi sławojka. Wersja półekskluzywna, tj. bez wody bieżącej, ale ze spłukiwaniem jakimś płynem dezynfekującym, z lusterkiem z blachy, ma się rozumieć z zapasem papieru – słowem standardowy tutaj bajer. Uwaga, teraz będzie najlepsze.
Facet sprawnie otwiera kolejno obie kabiny, zagląda do obu – zdecydowanym krokiem wraca do auta. Podjeżdża tyłem dość blisko kibelka. Otwiera klapę bagażnika. Za kilkadziesiąt sekund wyłania się zza samochodu – w gumowym fartuchu roboczym, gumowych rękawicach, z wiadrem, mopem itp. utensyliami. W ciągu kilkunastu minut facet robi kompletny klar obu kibli, zabiera śmieci w czarnych worach foliowych, zakłada nowe worki w śmietniczkach, uzupełnia papier i płyny. Myje podłogę, przywozi sobie jakieś płyny w kanistrach, dezynfekuje ustrojstwa itp. itd. Po plus minus kwadransie – pakuje majdan, rozbiera się z roboczych ciuchów i odjeżdża. Prawdopodobnie ma jeszcze dalsze kible do obróbki.
Nie wytrzymuję – idę sprawdzić, co namieszał w tak krótkim czasie. Wszystko. Podłoga – jeszcze nie całkiem wyschła – lśni czystością, wszystko pachnie po myciu, nigdzie ani skrawka papierka, srajtaśma założona (plus zapas)… Słowem – szok. Kulturowy. Gość najbliżej miał z wyglądu do tego faceta z telewizora, od kalgonu – na oko jakiś technik, kierownik tartaku albo co, ale na pewno nie czyściciel wychodków (wg. Latrinengenerała ze Szwejka: „Haizelputzer”), a już na pewno nie obesrany czyściciel wychodków (die bescheissener Haizelputzer) każdy przecie wie jak wygląda choćby u nas pisuardesa – dla niewiedzących – z grubsza jak Bronisław Maj w benefisie Znaku, ale nie jak ten tutaj gość!
Wniosek: skoro facet wyglądał na zdecydowanie dofinansowanego i nie półidiotę, wręcz przeciwnie nawet, z tego wniosek, że jego mocodawcy dość poważnie traktują jego pracę. Facet pracował w niedzielę, więc prawdopodobnie robi to nie co niedzielę, tylko codziennie. I może dlatego Norwegowie mają w całym kraju czysto i schludnie. To tak na marginesie.
Artykuł należy do cyklu: kamperem na Nordkapp



