Galdhøpiggen. Niedokończony szlak...
dodany: 10.08.2010, autor: Barbara Górecka
Najwyższy szczyt Norwegii, Galdhøpiggen (2469 m n.p.m.) znajduje się w Parku Narodowym Jotunheimen. Jotunheimen to najwyższe góry w północnej Europie i w całej Skandynawii.
Ten Park Narodowy powstał w 1980 r. aby zachować scenerię tutejszej przyrody w nienaruszonym stanie. Nazwę Jotunheimen nadał tym górom norweski poeta Aasmund Olavsson Vinje zainspirowany ich dzikim krajobrazem i norweską mitologią. Jotunheimen znaczy „dom gigantów”.
Na obszarze parku znajduje się 27 najwyższych szczytów w Norwegii, wiele lodowców, dużych rzek i niezliczona ilość jezior. Drugą ogromną górą jest Glittertind – niższy tylko o cztery metry od Galdhøpiggena.
Tereny te odkryto dla celów turystycznych w 1820 r. Zaczęto wyznaczać trasy piesze, budować schroniska i rysować mapy. Szlaki turystyczne są oznakowane czerwoną literą „T” malowaną na kamieniach. Dużo tu też kopców ułożonych z kamieni. Na skrzyżowaniach dróg czasem są oznakowania na drewnianych tablicach.
Czytałam w opisach, że wejście na Galdhøpiggen nie jest zbyt trudne, a nawet bardzo łatwe ze Spiterstulen. Wejście – cztery godziny – zejście poniżej trzech… ulubiona ścieżka dla dorosłych i dzieci… Nic więcej nie potrzebuję – zdobywam go. Jestem pełna optymizmu i moi młodzi koledzy też. A teraz jak to się ma do rzeczywistości…
Podjeżdżamy bardzo wąską drogą pod hotel górski Spiterstulen. Kilka budynków o różnej kategorii i cenach – do wyboru. W recepcji kasują 80 koron za wjazd (parkowanie w cenie). Dla tych co bez kasy, a z namiotem, jest pole namiotowe… za rzeką. Opłata 50 koron za osobę, ale za to można korzystać z dobrodziejstw sanitarno-kuchennych, a nawet podłączyć się do prądu. Kto nie chce korzystać z tych dobrodziejstw ma bazę darmową w odległości 1 km.
Teraz musi być przeprawa przez wiszący most na drugą stronę. Idziemy z całym majdanem. Idą też rodzice z malutkimi dziećmi, bo przecież również czytali, że góra jest przyjazna. Trzeba poszukać odpowiedniego miejsca pod namiot… albo krzaki, albo potok, albo bajoro… nieprosta to sprawa. Z tej strony rzeki również znajduje się zaplecze gospodarczo-sanitarne, w domku z czerwonym dachem. Komu udało się przedrzeć przez potok i bagienka, może spokojnie do „domku” zaglądać. Kto się zlokalizował przed potokiem, wędruje przez mostek. Dobrze jest…
Rano odpowiednio przygotowana, czyli buty, raczki, kije, bo ma być śnieg, ruszam na szlak. Koledzy idą szybciej, więc umawiamy się na szczycie za około sześć godzin. Początkowo ścieżka prowadzi bardzo ostro w górę. Głazy, kamory, kamienie, kamyki, żwirek… między nimi kopczyki z literą „T”. Niżej jeszcze można oczy pocieszyć roślinnością, ale im wyżej, tym większa kamienna pustynia. Wypatruję tego śniegu i tylko czasami znajduję malutkie śnieżne poletka. Po obiecywanych reniferach ani śladu. Nie da rady oglądać po drodze panoram bo trzeba pilnować „literek” i nóg. Po długim czasie dotarłam na kamienny płaskowyż. Przed sobą widzę szczyt… chyba się udało. Na wszelki jednak wypadek zapytuję językiem „migowym” wracających, czy to już cel. Załamka… to dopiero pierwszy szczyt, a mam dojść do trzeciego. Wchodzę na ten pierwszy…
Czas nieubłaganie biegnie do przodu, ciemne chmury zaczynają się zbierać nad górami, należy też bezpiecznie wrócić – trzeba podjąć właściwą decyzję… Odwrót! To było jeszcze gorsze niż wejście. Głazy, kamory, kamienie, kamyki, żwirek… nos w ziemię i krok za krokiem… Nad doliną chwila odpoczynku, spojrzenie w dół… ładny szlak prowadzi doliną… Schodzą też rodzice z dziećmi… kolana poobijanie, krew się leje… oczy zapłakane. Wchodzę do namiotu: zaczyna padać deszcz. Za niedługą chwilę docierają koledzy. Im się udało – zdobyli szczyt, lecz wrażenia ze szlaku mieli bardzo podobne.
Być może jest to ładny i niezbyt trudny szlak w warunkach zimowych, ale w letnich… katorga. Jeżeli jeszcze kiedyś miałabym okazję tam być, to pewnie próbowałabym wejść jednak po lodowcu od Javasshytta.
zajrzyj na te strony:
- film autorki z wycieczki na Galdhøpiggen
- także o zdobywaniu szczytu Galdhøpiggen w naszym portalu
- więcej o górach Jotunheimen w naszym portalu
- schronisko Juvasshytta
- schronisko Spiterstulen
Od Juvashytta podchodzi się po lodowcu. Nie puszczają tamtędy bez przewodnika. Wiążą po 30 osób linami, dają raki i prowadzą, jak barany na szczyt. Biorą za to -o ile dobrze pamiętam - po 175 koron od łebka. Wyjścia są dwa-trzy dziennie, od 9 do 11 rano. Wypadałoby więc przenocować: najtańszy nocleg kosztuje tu około 350 koron. Namiotu rozbić nie ma gdzie, bo albo parking, albo kamienie. Pole namiotowe (z wygodami - prysznice, ogrzewana kuchnia turystyczna) jest sporo poniżej. Godzinę (może dwie drogi, nie pamietam). Wjazd do Juwashyta też jest płatny i to sporo. Moim zdaniem lepiej podchodzić od Spitersuilen.
anna, 10 sierpień 2010 @ 11:08











