Petra. Różowe skalne miasto
dodany: 14.01.2010, autor: Adam Gąsior
Pamiętacie końcową scenę filmu "Indiana Jones – ostatnia krucjata"? Jeźdźcy wskakują na konie i pędem wpadają w wąski wąwóz. Wędrujemy pieszo tym samym wąwozem skalnym, tylko w odwrotnym kierunku.
Co chwilę mijają nas małe lekkie powozy zaprzęgnięte do osiołków a w nich japońscy turyści. My wolimy ten cud natury, jakim jest kanion Siq, przejść na własnych nogach. Otaczają nas wznoszące się na kilkadziesiąt metrów ściany. Droga, którą idę, zwęża się i rozszerza, jednak w najszerszym miejscu ma zaledwie kilkunastu metrów. Idziemy „odkryć” słynną Petrę. Po niecałej półgodzinie marszu, między ciemnymi, ukrytymi w cieniu skałami otwiera się widok na oświetloną promieniami słonecznymi, miejscami pomarańczową a miejscami czerwoną fasadę skarbca Al-Kazneh. On też zagrał we wspomnianym filmie, w jego wnętrzach bohaterowie szukali świętego Graala. Robimy pierwsze zdjęcia, a strażnik pilnujący zabytku radzi mi przyjść tutaj za kilka godzin, gdy zmieni się oświetlenie. Mamy nadzieję, że wystarczy czasu. Idziemy zwiedzać kamienny klejnot Jordanii.
Petra ma tajemniczą i bogatą przeszłość. W starożytności tutaj właśnie krzyżowały się dwa niezwykle ważne szlaki handlowe. Jeden ze wschodu na zachód, od Arabii i zatoki Perskiej do Morza Śródziemnego. Drugi – z północy na południe. Cztery wieki przed Chrystusem przywędrował w to miejsce koczowniczy lud Nabetajczyków. Szybko docenili strategiczne miejsce (znajduje się tu źródło wody zwane Doliną Mojżesza) i już niedługo Petra stała się znaczącym miastem handlowym. Rosła w siłę i nie dała się podbić ani wojskom Aleksandra Wielkiego ani Marka Antoniusza. W czasach Chrystusa nie było potężniejszego ośrodka handlu na Bliskim Wschodzie. Najprawdopodobniej Petra była ostatnim miejscem noclegu Trzech Królów, który wieźli złoto, kadzidło i mirrę – towary, którymi obok miedzi, ceramiki i żelaza najchętniej tutaj handlowano. Święty Paweł zaś ukrywał się tu po ucieczce z Damaszku.
Rzymianom udało się podbić królestwo Nebatejczyków dopiero w II wieku naszej ery. Potem miasto padało łupem Arabów i krzyżowców. Znaczenie jego malało, bezpieczniejsze i wygodniejsze szlaki powstały gdzie indziej. Brukowaną Drogę Dioklecjana poprowadzono na północ od Petry, od stolicy Syrii – Damaszku – na północny wschód, nad Eufrat. Coraz więcej towarów zaczęto przewozić statkami. O Petrze przysypywanej powoli pustynnymi piaskami mało kto pamiętał. Na odkrycie musiała poczekać 700 lat. Johann Ludwig Burchardt (ten sam, który dotarł jako pierwszy do świątyni w Abu Simbel) odnalazł Petrę w roku 1812. Przewodnicy arabscy nie pozwolili mu zwiedzić miasta, ale jego notatki pozwoliły innym na dalsze badania. Czternaście lat później kamienne miasto dokładnie opisał Leon de Laborde.
Przez wieki swej potęgi, dzięki gromadzonemu bogactwu, mieszkańców stać było na budowanie imponujących i bogato zdobionych domów i świątyń. Szacuje się, że w szczytowym momencie Petrę zamieszkiwało około 40 tysięcy ludzi. Z ich domów niewiele pozostało, były budowane z wysuszonej gliny. Przetrwały za to olbrzymie, wykute w skałach budowle. Naukowcy uważają, że większość z nich była grobowcami, część pełniła funkcje świątyń. Ozdobne malowidła, freski dawno już zniknęły. O świetności miasta świadczą rzeźbione kolumny, portale.
Kilka minut spaceru od Al Khazneh mijam ciąg wykutych w ciemnej skale grobowców i dochodzę do amfiteatru. Mógł pomieścić siedem tysięcy widzów i był wykorzystywany zarówno przez pierwszych mieszkańców, jaki Rzymian. Dalej dochodzimy do Alei Kolumn. Po prawej sąsiadujące ze sobą kolejne grobowce, rozmachem przypominajże raczej pałace. Każdy w nieco innym stylu, widać wpływy architektoniczne z Grecji. Jedna z budowli to grobowiec rzymskiego legata Sykstusa Florentinusa (z ok. 130 r.). Między zachowanymi kolumnami idę brukowaną ulicą. Niegdyś po obu jej stronach stały domy kupców i rzemieślników. Na końcu, pod namiotami i daszkami dwie restauracje – chwila na odpoczynek i łyk gorącej, mocnej herbaty.
Teraz czeka nas wspinaczka po schodach do drugiego najsłynniejszego zabytku Petry. Większość turystów jako środek lokomocji wybiera osiołki. Kiedy po kilku minutach mijają nas na wąskiej ścieżce pnącej się w górę, po minach i okrzykach strachu poznajemy, że żałują decyzji. Ich wierzchowce poganiane przez miejscowych "taksówkarzy" pędzą podrzucając biednych jeźdźców. Ci zaś całą swoją uwagę i resztki sił musza skupić na ratowaniu życia. Wolimy te trzy kwadranse się przemęczyć – mamy czas na podziwiane krajobrazu, na odpoczynek. Podobno do pokonania jest tutaj 800 stopni, jednak mało kto ma siły to liczyć.
Wreszcie jesteśmy. Przede nami największa z budowli Petry. Ściana monastyru Al Deir ma wymiary 45x50 m. Nazwę budowla zawdzięcza temu, iż była wykorzystywana jako klasztor bizantyński. I podobnie jak w skarbcu Al Khazneh – kolumny na dwóch kondygnacjach i okrągłe zwieńczenie kaplicy nad głównym wejściem. Wdrapujemy się na najwyższe w okolicy wzgórze – spotykamy tu mały punkt z pamiątkami: stolik, flaga jordańska, rozłożone pamiątki. Kilka zdjęć i powrót na dół, żeby wypić kolejna herbatę w małej kafejce pod wielkim kamieniem naprzeciwko monastyru. Potem powoli w dół, by przed zachodem słońca znaleźć się na początku doliny. Strażnik przy Al Khazneh miał rację. Warto było tutaj przyjść pod koniec dnia. Tym razem ściany skarbca płoną karmazynowo, im niżej tym kolor jest ciemniejszy, cięższy. Po kwadransie ściany czernieją, wokół zapadają ciemności, czas powrotu…
autor jest redaktorem naczelnym Magazynu Turystycznego Wasze Podróże
zajrzyj na te strony:









