Reklama:

Rovaniemi. Jak pracują Finowie

dodany: 11.04.2010, autor: Jacek Michałowski

Rovaniemi. Jak pracują Finowie
fot: Anna Michałowska

Miły facet z obsługi klienta wychodzi ze mną na plac. Podnosi maskę – wakumpompa. Wracamy do biura. – Zrobić możemy, ale nie wiem jak będzie z terminem… Kalendarz. Najwcześniej mogę pana umówić na wtorek. Na dziesiątą… (mamy czwartek!).

– No jak to – jestem z drogi – musi pan pomóc! Facet wyraźnie stropiony: – Przepraszam… nie mogę… jestem poumawiany z innymi, nie mogę ich zawieść, rozumie pan… – Rozumiem (Rozumiem? A gdzie nasze polskie terminarze z gumy? Jak to się nie da?).

I teraz będzie najlepsze: facet bierze opasłą księgę telefoniczną, odchodzi w głąb kantoru, żeby nikt mu nie przeszkadzał i próbuje wcisnąć mnie do konkurencji. Dzwoni w kilkanaście (!) miejsc. Z każdym długo rozmawia, szczegółowo tłumaczy, słucha wyjaśnia – wreszcie kiwa głową ze zrozumieniem – i dzwoni w następne miejsce. Pracuje w skupieniu. Po 45 (czterdziestu pięciu!) minutach walki w mojej sprawie prawie się poddaje… ale zaraz, jeszcze jeden adres… jest taki facet, co w zasadzie robi citroeny i japończyki ale… Jest!!! Przyjmie pana! Od ręki!
No cud normalnie! Mało gościa nie uściskałem.

Jedziemy. Za fabryką noży. Jest! Uśmiechnięty od ucha do ucha szpakowaty właściciel zaprasza nas szerokim gestem na podwórze. Pokazuje gdzie stanąć. Podnosi maskę – słucha, zagląda… Wakumpompa. Bez żadnych wątpliwości. Zaraz przyjdzie chłopak i wymontuje. Jak zamówimy przed dwunastą, to na jutro do południa będzie i na fajrant was wypuszczę. Postawcie sobie samochód na skraju placu. Możecie tu pomieszkać – kran z wodą jest za budynkiem, ubikacja – w warsztacie. Bramy nie zamykamy na noc. Po co?

Myślę: Jak to na jutro? Dziś się nie da? Spokój, przecież to i tak szybko. Dwa dni w plecy. No i tu właśnie jest pora na ćwiczenia ze stoicyzmu…

Tymczasem wakumpompa już wykręcona. Z podziwem obserwowaliśmy pracę fińskiego czeladnika. Duży dwudziestolatek w wersji blond. Przyszedł niemal natychmiast. Wyjął z kieszeni kombinezonu śrubokręt. Odkręcił opaski. Od przewodów wodnych. Nie wszystkie. Poszedł po klucz. Ósemkę. Odkręcił kolejne. Poszedł po krzyżak. I odkręcił ostatnią. W podobny sposób odkręcił wakumpompę. Choć za chyba trzecim nawrotem przyniósł skrzyneczkę. Z narzędziami. Wprawdzie nie wszystkimi. O dziwo – zmieścił się z robotą w obiecane pół godziny. Zresztą do tego systemu pracy jeszcze wrócimy przy zakładaniu wakumpompy, ale nie uprzedzajmy faktów…

Póki co – wakumpompa wylądowała na biurku szefa. Sprawdził numery – tak jest, dokładnie ta, o której myślałem. Sprawdzę, gdzie jest dostępna i zamawiam. Po godzinie wychodzi z niewyraźną miną. Nie ma. Nigdzie. W żadnym magazynie peugeota w całej Finlandii ani w żadnym serwisie. Zaraz, zaraz… – Odchodzi i za kilka chwil wraca rozpromieniony. – He, He. Znalazłem dwie. W całej Finlandii są tylko dwie ! I  jedna do nas już jedzie! Z Helsinek. Wie pan, gdzie znalazłem? W serwisie citroena. W BX są te same. W autoryzowanym serwisie Peugeota by na pewno nie znaleźli. Bóg mi pana zesłał, panie Sysmolainen, myślę sobie i obliczam, ile trwałaby naprawa w peugeocie.

Następnego dnia zrywam się tuż po otwarciu zakładu. Dzień dobry panie Sysmalainen. Guten Morgen? Good morning? Po holendersku jest jakoś: [hujchemorchen] (?!), po szwedzku: god morgon. Ale po fińsku???
– Good morning! – wita mnie rozpromieniony właściciel. Nie mam jeszcze części, ale potwierdzili wysłanie, czekamy na listonosza. O której będzie? Między 11 a 13. Średnio: ok.12, wie pan, to zależy od liczby przesyłek, ale niech pan się nie martwi, na 17. na pewno skończymy. Dobra. Się nie martwię.

Około pierwszej mimochodem zagaduję szefa: i co, nie ma jeszcze pompy? Nie, pompa jest – przywieźli kwadrans po 11. Mówiłem, że muszę skończyć inne pojazdy, jestem poumawiany: ten na godz. 14., ten na 15., a ten na 16. A pan na 17. Szef wyjaśnił to z minimalnym, acz bardzo przyjaznym zniecierpliwieniem. Jak dziecku. Odszedłem uspokojony. Uspokojony!!!

Liczymy obłoczki. Czytamy. Drzemiemy. O 15.30 zarządzam obiadek, żeby o 17-ej ruszyć z kopyta. I – o godz. 16.15 przychodzi zapoznany chłopak z pompą. I z kompletem pasujących kluczy. Po półgodzinie – niech pan zapali silnik... W porządku! Nie chce nam się wierzyć! Szef wzywa do kantorka – pompa tyle, robocizna – tyle. Razem tyle. W porządku? Co nie ma być w porządku? Ciągniemy kartą – ok. Ze szczęścia obdarowuję mojego dobroczyńcę "Luksusową". Przyjmuje ze zrozumienem. - Czy pozwoli kierownik pracownikowi również? Jasne, on będzie bardzo zadowolony... Jest, choć nie kryje wielkiego zaskoczenia. Ale my byśmy dziś obdarowali cały świat.
Jedziemy!!!


Od zawsze fascynują mnie różnice kulturowe i chyba głównie to napędza mnie do ruchu po świecie. U nas, w Polsce wschodniej, dziś i jutro to prawie synonimy. A taki szczegół jak pół godziny, w ogóle nie występuje. A tu – "zajmie mu to pół godziny" i faktycznie – załatwia temat w 30 minut i 00 sekund. Jakieś jaja.
Facet mówi, że jest poumawiany do wtorku i nawet nie próbuje znaleźć pół godziny, bo skąd? Skoro jest zaplanowany do wtorku...? U nas by było: pan poczeka, się zobaczy, jakoś się upchnie.
I rzecz absolutnie zadziwiająca, choć w strefie wpływów Kalwina i Lutra zupełnie normalna: jeśli mamy pół godziny pracować – to pracujemy. Zamiast przed robotą łbem zarzucić, po mankietach, po pazurach,  pogadać 20 minut, porobić z 10, zostać odwołanym do innych, pilniejszych zleceń… No, słowem: "straszny tu macie burdel, siostry!". Z drugiej strony każdy polski mechanik zrobiłby to w 10 minut, więc per saldo...?

Artykuł należy do cyklu: kamperem na Nordkapp

komentarze: 0

Zobacz, gdzie to jest

Reklama:

Znajdź nas na Facebook'u

Zaproś znajomych ze szlaku

Jeśli na naszych stronach znajdujesz ciekawe informacje, zaproponuj im, by również tu zaglądali.

jego e-mail