Saariselkä. Niech żyją renifery!
dodany: 15.03.2010, autor: Jacek Michałowski
Sceneria fajna, groźnawa taka. Niby jak zmierzch: choć słońce nisko nad horyzontem – nie zajdzie, jesteśmy już za kołem. Świeci… upiornie? Wokoło – wrzosowiska, bagna… jakby dekoracja do Psa Baskervillów.
Jest mini parking i tablica. Rezerwat, na szczęście przyrody. Tego mi było potrzeba. Postóój! Z opisu na tablicy wynika, że mamy do czynienia ze specjalną roślinnością – bagienną czy coś. Nie znam się, z roślin rozróżniam marchewkę, goździk na 8 marca i choinkę. Ale wyjazd powinien mieć charakter dydaktyczny nieco. Idziemy. Ścieżka prowadzi przez łąkę. Jest wyłożona deskami – chyba grząsko. Mokro. Podesty z desek ułożone na torfowisku. Z wierzchu woda. I coś białego. Pochylamy się: białe strzępki waty na patyczkach? A gdzieniegdzie różowe kwiateczki. Cudo. Pomosty pod nami interesująco sprężynują – jak się przyjrzeć to są ułożone na starych pomostach, które przykrywa woda. Myślę, że trzymają się na powierzchni tylko dlatego, że są zbite razem. Dochodzimy do końca torfowiska (?) i znowu miła niespodzianka – wieża, a z niej widok na jezioro. Na drugim brzegu wypatrujemy chatynkę – jedno było okienko i jeden był wchód do niej. Ciekawe, jak tam dojeżdżają?
W drogę. Za oknem – laski, woda, droga nieco się wijąca i… A co to? Jakieś takie małe, myszate – lezie w poprzek drogi. W kilka sztuk nawet. Saab przed nami staje. No co to? Może te, no … renifery?
Renifery!!!!!!! – się zatrzymuj, gdziekolwiek, no przecież ja zdjęcia zrobić muszę!!! – to najmilsza z żon, tedy jasne – muszę. No dobra. Stawiam taksówkę na awaryjnych – droga wąska, zakręty, las i w rzadkim lasku – rzadka osada. Domki jakby kołchozowe. No – wiem, nie kołchozowe, ale mizerne. Jak te renifery – też niewyrośnięte. Zawsze myślałem, że to duże jest. Wiem – chyba proporcję wziąłem z zaprzęgu św. Mikołaja (nie tego pobożnego z Miry tylko tego filuta w czerwonym od Ho!, Ho!, Ho! ). Tam one bardziej do jeleni podobne były, a w rzeczywistości – góra daniele. Zawód. W sumie jednak stwory sympatyczne. Takie myszate. Ta szerść im jakoś tak w kępy rośnie. Linieją? I rogi: takie gałęzie mchem pokryte. Albo zamszem raczej. Najfajniejsze są młodziaki – gałązki mają całkiem niewyrośnięte, a mech nie powycierany jeszcze – super.
Im więcej ich widzimy – tym bardziej podbijają nasze proste serduszka. Mają w sobie jakiś taki filozoficzny spokój. Całe ich jestestwo niesie jeden komunikat: Co ja tu robię? Ja tu mieszkam. To my mamy na nie uważać. Znak z reniferkiem oznacza jedno: wyłazi to-to skąd-bądź jak nie przymierając krowa. Lezie najchętniej szosą. Wzdłuż, no w najlepszym przypadku na skuśkę ale w ostry kąt. Nie za szybko. On jest u siebie. A my u niego. Wszystko.
Niech żyją renifery!
Artykuł należy do cyklu: kamperem na Nordkapp











