Santiago de Cali. W stolicy salsy
dodany: 15.08.2010, autor: Anna Kiełtyka
Kolejny mój cel to Cali – światowa stolica salsy i rodzinne miasto mojego znajomego Jorge. Mówi się ze Caleños – mieszkańcy miasta, rodzą się z umiejętnością kołysania biodrami w takt muzyki, tutaj tańczy dosłownie każdy i wszędzie.
Zatrzymuję się w domu Jorge, niestety on wciąż mieszka w Sydney, ale jego rodzina przyjmuje mnie jak członka familii. Santiago de Cali – bo tak brzmi pełna nazwa miasta – jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych było jednym z najniebezpieczniejszych miejsc, nie tylko w Kolumbii, ale też na całym świecie. Wojny gangów i produkcja kokainy skutecznie odstraszały turystów. Jednak od paru lat miasto się uspokoiło i powoli odbudowuje reputację.
Razem z Dianą i Juanem Camillo zaczynamy zwiedzanie od promenady nad rzeką, zapełnionej w całości metalowymi święcącymi figurkami, przedstawiającymi tancerzy salsy. Wszędzie tłok mimo później pory i środka tygodnia. Uliczne jedzenie wabi zapachem, kukurydza grillowana na malutkich piecykach, szaszłyki, słodycze, dulce de leche… Ja decyduję się na empanadas – smażone pierożki z mięsnym farszem i lokalne piwo Poker. Mijamy potężny biały kościół La Ermita i plac Saint Francis, by w końcu wylądować w rozrywkowej części miasta, tak zwanej „zona rosa” – różowej strefie. To okolice wzdłuż ulicy La sexta, zapełnionej modnymi klubami i restauracjami. Co jakiś czas mija nas kolorowa Chiva czyli roztańczone retro-autobusy. Na koniec udajemy się do kościoła San Antonio. Ta najstarsza cześć miasta znajduje się na wzgórzu, skąd podziwiamy rozświetloną nocą metropolie. Po powrocie, w domu, wita nas istny karnawał. Ciocie i babcie śpiewają, klaszczą i wybijają rytm grzechotkami, a młodzi tańczą na środku pokoju. To obchody świąteczne, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Członkowie rodziny zbierają się i czytają fragmenty Pisma Świętego, potem śpiewają, jedzą i tańczą. Za namową Diany chwytam za grzechotkę. Cali coraz bardziej mi się podoba.
Dzień przed Wigilią, na wielki obiad rodzinny, powoli schodzi się cala familia. Menu jest typowe dla regionu: na początek fasola z ryżem, do tego awokado i chicharrón – bardzo słone kawałki smażonej skóry prosiaka, do popijania sok z lolu – kolejny nieznany mi wcześniej owoc, na deser figa w słodkim sosie. W tle – oczywiście – salsa. „Musisz zostać na „Feria de Cali” – wtrąca jedna z ciotek. To barwny karnawał tańca, trwający od drugiego dnia świąt, aż do Sylwestra - w tym czasie miasto dosłownie pęka w szwach, każdy chce zobaczyć mistrzów salsy tańczących na ulicach. Żałuję ale nie mogę zostać, jutro Wigilia u Aleidy w Bogocie. Jeszcze przed wyjazdem pędzę na szybką kawę – oczywiście u Juan’a Valdez’a. Latte z arequipe (słodkim karmelem) to niebo w gębie. Kolumbijska kawa nie jest może tak mocna jak włoska, ale zapach i aromat sprawiają ze przebija ona wszystko, co do tej pory piłam. Czas ruszać, plecak na plecy i w drogę. W Cali zostawiam nowych przyjaciół.
artykuł należy do cyklu „Colombia es pasión”



