Reklama:

Sovintovaara. Z widokiem na wielką wodę

dodany: 17.03.2010, autor: Jacek Michałowski

Sovintovaara. Z widokiem na wielką wodę
fot: Anna Michałowska

Sami Poarta albo jak kto woli: Bure Boahtin. Jak łatwo się domyślić – szczególnie z drugiego napisu w narzeczu miejscowym – przejeżdżamy przez bramę krainy Samów.

Nocujemy nad brzegiem jeziora Inari. Wiatr jak piorun, fale jak na morzu. Odwracam kampa kratkami od lodówki do zawietrznej – pomaga. Ale ogrzewanie włączam – po raz pierwszy w naszej podróży.

Budzimy się świtkiem, jedziemy. Jezioro Inari jest fascynujące. Na mapie ma kilkadziesiąt kilometrów szerokości i jeszcze więcej długości. Wyspa na wyspie. Właściwie archipelag. Po niedługim czasie widzimy drogowskaz w prawo – muzeum jeziora Inari? Coś tam przemknęło mi w głowie o takim muzeum. Skręcamy! Na zachętę mamy znak drogowy przy skręcie w żwirówkę: Uwaga, stromy podjazd. Eee, nie damy rady? Wrzucam jedynkę, obroty w okolicy najwyższego momentu – Go!

Faktycznie stromo. Jak wyjazd z garażu pod domem albo z dolnego pokładu promu. Stromiej nawet. Nawet dużo stromiej! Gaz do dechy! Kurcze, poderwie nam przód do góry…  ze śmiechem – nie do końca szczerym – odruchowo robimy „balast na przednią szybę”. Uff, wypłaszcza się… – widoki w lusterku, w dół, na jezioro zapierają dech, ale nie odwracam się – popatrzymy w drodze powrotnej. Po kilkuset metrach dojeżdżamy na parking przed muzeum. Jesteśmy tu sami. Gwiździ jak w Kieleckiem. Do tego jakiś drobny deszczyk. Sobie mży. Robię krótkie rozpoznanie terenu – bilety po kilka euro – jakaś prorodzinna zniżka na rodzinę z dwójką dzieci. Nie jest źle. Póki co – biuro jest wymarłe – do otwarcia mamy jeszcze 40 minut. Wyciągam mapę.

Otwierają. Wyziębła obsługa zgrabiałymi rękami wydaje bilety. Ekspozycja nas nie poraża, choć jak się przyjrzeć bliżej znajdujemy jednak ciekawe punkty. Najciekawsze są opisy. Jezioro jest bardzo ważnym ogniskiem kultury ludu Samów. Było dość licznie zamieszkałe, jego wody żywiły sporo ludzi. Eksponaty zebrane wokół to akcesoria myśliwskie oraz ich ewolucja w ciągu ostatnich stu lat. Pierwsze łodzie z silnikami spalinowymi z początku XX w. Pierwsze sanie motorowe z lat 50. I śmieszne sanie bez napędu przypominające te motorowe. Rakiety i narty do chodzenia po śniegu. Przybory do połowu ryb – sieci, wiersze, rozmaitego rodzaju paści i pułpki na rybę i zwierzynę.

Opisy są na pewno nie tylko po fińsku, bo jakoś czytaliśmy. W ilu językach nie pamiętam, ale chyba po angielsku było. I były dość precyzyjne. Wiadomo, kto pierwszy na jeziorze w 1921 roku kupił silnik do łodzi, od kogo, wreszcie jakiego patentu był ów motor, przez kogo został z należytą starannością wyrobiony i do którego roku był używany. I to mi się właśnie spodobało, że zamiast "typowy" i "powszechnie używany w tym regionie, choć ten egzemplarz faktycznie ściągnięto z Jakucji", są to konkretne, tutejsze wytwory. Sanie motorowe z ekspozycji można oglądać w lecie, bo w zimie są używane, znaczy – te współczesne.

Wchodzimy do chatki myśliwych, zbudowanej z darni i gałęzi. Zaczynamy się czuć trochę jak traperzy. Dla chętnych – możliwość własnoręcznego porąbania drewna na ogień, ba, mało tego – za drobną opłatą można sobie wyprodukować węgiel drzewny, a nawet smołę. Pokazy o godzinach pokazanych na tabliczce albo jak będzie min. xx chętnych. Na razie jesteśmy my i dwójka Holendrów (?). Dochodzimy do budyneczku – w sam czas, bo za chwilę zamarzniemy. Kahvila! Można też kupić pamiątki i obejrzeć część eksponatów. Świetne buty z wywiniętymi noskami – niestety – to eksponat. Ale znajdujemy coś dla siebie – rękawiczki! W piękne lokalne wzory, za to z nowoczesnego polaru. Kupujemy. Okazuje się, że wszyscy wzięliśmy z domu kurtki, czapki szaliki ale nikt nie pamiętał o rękawiczkach. Jakby mi ktoś powiedział, że w środku lipca ciepłe rękawiczki uznam za najpotrzebniejszy zakup dla całej rodziny, to chyba zabiłbym śmiechem! A tu proszę.

Dostajemy kawę. Paruje i nie jest zbyt smaczna. W pomieszczeniu zimno – pani za ladą ogrzewa się piecykiem na propan. Chłopaki rozgrzewają się pepsi z lodówki. Mogą sobie choć potrzymać przez rękawice. Widoki przez okna są całkiem odjechane. Jezioro w kolorach stalowo-brunatno-szarych. Gdzieś pomiędzy wysepkami widać miniaturowy stateczek – wycieczkowy? Na dużym zoomie przez kamerę można też dostrzec motorówki, a nawet domki na kilku z wysepek. Wszystkich jest podobno ponad 3 tysiące!. A do końca jeziora – 60 km. Potęga. Patrząc na to z góry już rozumiem, dlaczego całe pokolenia Samów mogły tu żyć i się nie nudzić. Wenecja! 

Startujemy. Teraz – zjazd. Pocieszam się, że z góry łatwiej. Dojeżdżamy do miejsca gdzie robi się ostro. Kąt spadku faktycznie spory – za załamaniem terenu w dół – nie widać drogi! Całkiem, jak nartoskoczek nad bulą. Mijamy jadących pod górę Niemców. Widzimy ich niedowierzające spojrzenia – nasz emeryt mknący z góry musi wyglądać nieco szaleńczo. Widoki w czasie zjazdu – jak obserwacja makiety kolejki – z góry widać malutkie samochody między krzaczkami nad jeziorem, kilka TIR-ów na wijącej się szosie, no i jezioro. Ekstra. No może nie całkiem jak makieta kolejki, bo pociągów tu nie ma. Zresztą a propos pociągów – do Inari właśnie, na zawody poświęcone znajomości rozkładów jazdy, podróżują bohaterowie pewnego fińsko-niemieckiego filmu. Tytułu nie pamiętam, ale ten właśnie film zachęcił mnie do Finlandii, czego i Państwu życzę :)

I już na asfalcie. I zaraz drogowskaz: Inari 30 km. To gdzie myśmy u czorta byli?*

*Sovintovaara to uznawany za najpiękniejszy punkt widokowy na jezioro Inari. Niewielka ekspozycja etnograficzna i kahvila-kawiarnia. Właściwe muzeum Saamów i jeziora Inari – Siida – znajduje sie w miasteczku Inari. (przyp. red.)

Artykuł należy do cyklu: kamperem na Nordkapp

zajrzyj na te strony:

komentarze: 0

Zobacz, gdzie to jest

Reklama:

Pooglądaj na zdjęciach

fot: Anna Michałowska

Znajdź nas na Facebook'u

Zaproś znajomych ze szlaku

Jeśli na naszych stronach znajdujesz ciekawe informacje, zaproponuj im, by również tu zaglądali.

jego e-mail