Reklama:

Villavicencio. Na kolumbijskim weselu

dodany: 17.08.2010, autor: Anna Kiełtyka

Villavicencio. Na kolumbijskim weselu
fot: Anna Kiełtyka

Jedziemy do Villavicencio – małego miasteczka oddalonego o jakieś 75 km od Bogoty. Nasi znajomi Paola i William biorą tam ślub.

Jeszcze na dworcu zajadamy się buñuelos – ciepłymi pączkami w kształcie kuli z roztopionym serem w środku, popijając je kawą. Topi się również mój makijaż, bo od kiedy zjechaliśmy z wysokości stolicy, coraz bardziej doskwiera nam upał tropików.

Ślub odbywa się w kościółku na osiedlu domów jednorodzinnych. Przesyt kiczowatych ozdób świątecznych jest zdumiewający. Chyba najbardziej komiczne są wielkie drogowskazy pokazujące biegun północny wbite w wyschniętą od słońca trawę w prawie każdym ogródku.

Wszyscy goście wraz z młodą parą ubrani są na biało – panowie również, w kremowe spodnie i tradycyjne koszule z delikatnym haftem. To lokalna tradycja wynikająca z wygody; przy takim klimacie tkwienie w czarnej marynarce byłoby męką. Suknia panny młodej uwydatnia malutki brzuszek – Paola jest w piątym miesiącu ciąży z Marią Alechandrą. Uroczystość przebiega niezwykle szybko, ja czuje się trochę nieswojo w mojej zielonej sukience wyglądającej jak plama na białej tapicerce, ale William zapewnia, że jestem mile widziana w każdym kolorze.

Na wesele jedziemy do wystawnego klubu na obrzeżu miasta, gdzie kelnerzy witają nas orzeźwiającym sokiem z mango i guanabana (kwaskowaty owoc wyglądem przypominający bakłażana tyle ze z małymi kolcami). Na początek toast z błogosławieństwem rodziny i pierwszy taniec młodych. William i Paola kręcą się po sali w rytm merengue, przy akompaniamencie głośnych wiwatów i oklasków. Od jedzenia uginają się stoły, jest między innymi tłusta zupa wołowa z mnóstwem warzyw i kolendrą, olbrzymie ilości mięsa wieprzowego z ziemniakami, ryby z patasami – zielonymi smażonymi bananami, a na deser gumowaty biały ser polany syropem klonowym. Parkiet na świeżym powietrzu  jest cały czas zapełniony, goście wiją się w rytmach salsy przygrywanej na żywo przez rewelacyjny zespół. Nad głowami co jakiś czas przelatują kolorowe papugi i tukany. Jako jedyny obcokrajowiec na weselu cierpliwie uczę się kroków salsy. Po północy zaczyna się istny karnawał, wszystkie kobiety dostają maski i kwiatowe wieńce, mężczyźni maja brązowo-białe sombrera vueltiao – charakterystyczne nakrycie głowy dla ludzi z wybrzeża i gwizdki – hałas zagłusza muzykę. Przy kolejnych toastach aguardiente zostaję przestawiona niezliczonym kuzynom, ciotkom i wujkom. Wszyscy rzucają się w wir tańca – szaleństwo!

Przy dobrej zabawie czas biegnie szybciej i niestety po paru dniach nadchodzi pożegnanie, William i Paola wracają do Sydney, a my jedziemy do Barrancabermeja – rodzinnego miasta Aleidy.

artykuł należy do cyklu „Colombia es pasión”

komentarze: 0

Zobacz, gdzie to jest

Reklama:

Pooglądaj na zdjęciach

fot: Anna Kiełtyka

Znajdź nas na Facebook'u

Zaproś znajomych ze szlaku

Jeśli na naszych stronach znajdujesz ciekawe informacje, zaproponuj im, by również tu zaglądali.

jego e-mail