Węgry. Gra kuchennych pomyłek
dodany: 12.04.2010, autor: Katarzyna Kociuba
Podobnie jak Włosi niewiele wiedzą o sałatce włoskiej, czyli jarzynowej, we Włoszech mało znanej i zwanej ruską, tak Węgrzy mgliste mają pojęcie o placku po węgiersku.
Danie to budzi zdumienie, a serwowane jest gdzieniegdzie wyłącznie z myślą o niemieckich turystach. Zupełnie na marginesie dodajmy, że Madziarzy sałatkę włoską nazywają francuską... Placek po węgiersku należy zatem odłożyć na godne miejsce między fasolką po bretońsku a rybą po grecku. Na Węgrzech mierzyć się z naszymi wyobrażeniami przyjdzie nam co krok.
Kuchnia węgierska wcale nie jest ostra. Owszem, sowicie doprawiona papryką, ale słodką. Piekielnie ostra paprykowa pasta ląduje na stole w osobnym słoiczku i każdy może swe danie zamienić w dowolny krąg diabelskich czeluści.
To może gulasz? Zdumionym polskim oczom ukaże się solidny talerz zupy, bo gulyasleves (czyt. gujaszlewesz) to zupa gulaszowa, owszem, apetyczna i pełna mięsa, ale jednak zupa. To, co chcielibyśmy za gulasz uznać, to pölkölt (czyt. pelkelt). Przyrządza się go w zasadzie z każdego rodzaju mięsa – wołowiny, wieprzowiny, drobiu, a nawet ryb.
Jeśli już o rybach mowa – słynna zupa rybna to halászlé (czyt. holaslie), co dosłownie przetłumaczyć należy jako sok z rybaka. Nie martwmy się jednak nadto, soków ostatnich z nadbalatońskich poławiaczy wyciskać nie trzeba, bo ryb tu mnóstwo. Fantastyczna, aromatycznie paprykowa, przydaje znanym nam w dużej mierze gatunkom nieprawdopodobnego smaku. Jedno jest pewne – nad Balatonem wigilijnego karpia można odkryć na nowo...
Co, jak co, ale leczo! Oj, to też kinder-niespodzianka... Nie, nie – robi się je z papryki. Prawie wyłącznie z papryki! Ale ta papryka musi być węgierska ze wszech miar, żadne tam holenderskie wynalazki tri-kolor. Węgierska najbliższa jest naszej białej, dostępnej w zasadzie tylko jesienią. Różni się tym, że jest szpiczasta, a nie – jak nasza odmiana – zaokrąglona. Smak prawie się zgadza. To jest baza, do tego garstka pomidorów, trochę cebulki i już. Często wbija się pod sam koniec gotowania jajko, żeby potrawę zagęścić. Najukochańsza pod koniec lata, gdy warzywa kipią słońcem. Kiełbaski wcale w leczo nie są oczywistością, tym bardziej, że podaje się je często jako dodatek do dań głównych. To bardzo domowe danie, nie takie wszechobecne w restauracyjnych kartach. A co za tym idzie, nie ma na leczo jednego przepisu, bo co dom, to inna tradycja. Niemalże jak z naszym bigosem – każda gospodyni wie najlepiej.
Faszerowana papryka psikusa nam zrobić nie może... No niby nie, ale to znów zbrodnia wyobrażać sobie w tej roli paprykę czerwoną. Faszeruje się oczywiście tę białą, prawie samym mięsem, bo ryżu w niej na lekarstwo, jejmość zaś pławi się obficie w pomidorowym, słodkawym sosie. Podawana najczęściej w towarzystwie gotowanych ziemniaków. Jeszcze większym zaskoczeniem jest faszerowana kapusta – ta najczęściej spoczywa sobie spokojnie obok mięsnych kulek, daniem zjednoczonym stając się dopiero w żołądku.
Najpowszechniejszym deserem są naleśniki. Cieniusieńkie, zwinięte w ruloniki, kryją w sobie dżem, mak lub ser. I są zaskakująco... pyszne!
Nie ma jedzenia bez picia. Węgry to raj dla kawoszy – aromatyczny napój przewyższa nawet dokonania włoskich mistrzów. Poza tym króluje wino, tak czerwone, jak i białe, a zupełnie genialne są węgierskie wina różowe. Kto woli trunki mocniejsze, zdziwi się mocno, że zacna wódeczka zwie się palinką, w dodatku nie robią jej, jak przykazał, ze zbóż, tylko z owoców – najczęściej z gruszek, śliwek, brzoskwiń. Podaje się schłodzoną, ale uwaga – nie zmrożoną! To kolejne zaskoczenie. Mocno ujemne temperatury zabijają jednak aromat, więc lodowato zmrożona wódeczka to dla Węgrów zbrodnia. Nawet naszą żubrówkę, by poczuć w pełni jej bukiet, piją czystą i nie dość zimną.






