Kanchanaburi
Tu był „Most na rzece Kwai”

Gdyby nie książka Pierre'a Boullea, a zwłaszcza oparty na niej amerykański film „Most na rzece Kwai”, miasto Kanchanaburi w Tajlandii odwiedzaliby, coraz rzadziej, tylko krewni przedstawionych w nich bohaterów wydarzeń z lat 1941-1945.
Podoba Ci się ten tekst? Powiedz o tym innym na FacebookuPolub ten wpis na FacebookuPolub wpis na Facebooku
Sprawdź nasz Instagram
fot: Cezary Rudziński
Kanchanaburi. Tu był „Most na rzece Kwai”
Rozsławiony i jako ?ten? pokazywany most tak naprawdę ze zbudowanym kosztem tak gigantycznych ofiar i morderczego wysiłku tych, którzy przeżyli tę pracę i obozowe warunki, nie ma ? poza lokalizacją, nic wspólnego.
To już 10 lat! Materiał został zamieszczony w naszym portalu ponad dekadę temu.
A świat się zmienia… Niektóre informacje praktyczne mogą okazać się nieaktualne!

Gdyby nie książka Pierre’a Boullea, jednego z uczestników tamtych wydarzeń, a zwłaszcza oparty na niej amerykański film „Most na rzece Kwai” z głównym motywem muzycznym, który swego czasu stał się światowym szlagierem, miejsce to odwiedzaliby, coraz rzadziej, tylko krewni przedstawionych w nich bohaterów wydarzeń z lat 1941-1945.

Bo sami, chyba nieliczni żyjący jeszcze weterani, nie są już w stanie przyjechać tu, do miasta Kanchanaburi w Tajlandii, leżącego o 130 km od jej stolicy. Nad rzekę Kwae Yai River – a nie jak ją nazwano w książce i filmie! „Kwai”, w wymowie anglosaskiej „Kłaj”, po tajsku jest słowem nie wymawianym w towarzystwie. Ale dzięki tej książkowo-filmowej reklamie miejsce to stało się jednym z popularnych turystycznie.

Przypomnijmy fakty. W latach 1941-45 znajdował się tam jeden z najstraszliwszych japońskich obozów dla alianckich jeńców wojennych. W morderczych warunkach okupanci Syjamu, jak nazywała się wówczas Tajlandia, trzymali Brytyjczyków, Amerykanów, Australijczyków oraz wziętych do niewoli na terenie dzisiejszej Indonezji Holendrów. Pragnąc stworzyć szlak transportowy umożliwiający przewożenie wojska i sprzętu przez Malaje do oblężonego Singapuru, Japończycy postanowili zbudować trasę kolejową łączącą Birmę – dziś Union of Myanmar z ówczesnym Syjamem. 415 km torów przez góry, nieprzebytą dżunglę, z kilkunastoma w sumie kilometrami mostów i wiaduktów nad rzekami i przepaściami. Trasę nazwano później Death Railway – Koleją Śmierci.

Dla ponad 16 tys. z trzymanych w tym obozie około 60 tys. jeńców alianckich oraz ponad 100 tys. – dokładnie ich nikt nie liczył – spośród z górą ćwierć miliona spędzonych do pracy przymusowych robotników z Birmy, Syjamu, Malajów, Indonezji, Indii a nawet Chin, praca rozpoczęta 16 września 1942 roku okazała się zabójcza. Groby 7 tys. jeńców znajdują się na kilku cmentarzach wojennych. Największy, bardzo zadbany Chongkai z 1740 mogiłami, założony został po wojnie właśnie w Kanchanaburi. Prowadzi do niego wysoka brama z nazwą nekropolii oraz datami: 1939-45. Przed wejściem w 50. rocznicę rozpoczęcia budowy Kolei Śmierci, na kamiennym sześcianie umieszczono plastyczną tablicę z brązu z planem terenu budowy tej kolei i danymi o ofiarach: które, ile i gdzie ona pochłonęła. W 1977 roku staraniem byłych jeńców, którzy przeżyli ten koszmar i rodzin ofiar wojny, założono w tej miejscowości Muzeum Wojenne JEATH. Zgromadzono w nim wiele oryginalnego wyposażenia, broni i amunicji – także niewybuchy alianckich bomb, dokumentów, zdjęć i pamiątek.

Tyle najważniejszych faktów. Dodać trzeba do nich kolejne. Rozsławiony i jako „ten” pokazywany most tak naprawdę ze zbudowanym kosztem tak gigantycznych ofiar i morderczego wysiłku tych, którzy przeżyli tę pracę i obozowe warunki, nie ma – poza lokalizacją, nic wspólnego. Najpierw bowiem powstał w tym miejscu most drewniany zniszczony przez lotnictwo amerykańskie. Następny, stalowy, z przęsłami opartymi na betonowych podporach postawionych w nurcie rzeki, w znacznym stopniu zniszczyło lotnictwo brytyjskie, chociaż w filmie – wbrew prawdzie historycznej – przedstawiono to trochę inaczej. Odbudowany po wojnie, prezentowany jest jednak nie znającym jego historii turystom jako ten sławny  „Most na rzece Kwai”.

Organizuje się więc do niego i innych, autentycznych obiektów w Kanchanaburi, wycieczki, urządza widowiska „światło i dźwięk” niezbyt ścisłe w warstwie faktograficznej, ale bardzo efektowne jeżeli chodzi o efekty wizualne i dźwiękowe: huk, wybuchy, ogień itp. w holywoodzkim stylu. Dla potrzeb turystyki w Kanchanaburi pracuje cała infrastruktura hotelowo-gastronomiczna. Należy do niej m.in. cała flotylla promów – restauracji i łodzi wycieczkowych. Turyści mogą nie tylko przejść się pieszo po „historycznym” moście, ale także przejechać po nim koleją. I oczywiście kupić niezliczone pamiątki. Chociaż… raz pojechać tam warto. Zwłaszcza, że miejsce i okolice są interesujące, a na trasie ze stolicy do największego miasta jej zachodniej części kraju – Kanchanaburi, znajduje się parę godnych uwagi obiektów, m.in. jeden z największych w świecie, 114-metrowej wysokości pomnik Buddy w Nakhon Pathom.

Poczytaj więcej o okolicy:

Dodano: 20 lutego 2011; Aktualizacja 7 czerwca 2020;
 

Komentarze: 1

    wędrowiec, 10 lutego 2011 @ 18:34

    Wędrowało się i bywało, ale przez most na rzece Kwai (ok – Kwae) przejechałem tylko pociągiem. W nocy!

Dodaj komentarz
(Dozwolone typy plików: jpg, gif, png, maksymalny waga pliku: 4MB.)
(wymagany, niepublikowany)
Wszystkie materiały zamieszczone na naszym portalu chronione są prawem autorskim. Możesz skopiować je na własny użytek.
Jeśli chcesz rozpowszechniać je dla zysku bez zgody redakcji i autora – szukaj adwokata!
Zamknij