Grossglockner
Pierwszy atak utknął we mgle

Błądzimy, moim zdaniem odbiliśmy trochę za bardzo na prawo w stosunku do Grossglocknera i w zasadzie nie wiadomo, co to jest to „wielkie, białe” na co się wspinamy. Wycofujemy się. Góra poczeka! Musi, bo w zasadzie nie wiemy nawet, gdzie teraz jest...
Tagi:
Podoba Ci się ten tekst? Powiedz o tym innym na FacebookuPolub ten wpis na FacebookuPolub wpis na Facebooku
Sprawdź nasz Instagram
fot: Wiktor Rozmus
Grossglockner. Pierwszy atak utknął we mgle
Dla bezpieczeństwa wiążemy się liną, dalej będziemy szli z lotną asekuracją. Widoczność jest jednak tak zła, że będąc pierwszy w grupie widzę tylko dwie osoby za mną, dalej lina ginie we mgle.
Uwaga! Materiał został zamieszczony w naszym portalu już ponad rok temu.
A świat się zmienia… Niektóre informacje praktyczne mogą okazać się nieaktualne!

Dzień 2
2 czerwca 2011 (czwartek)
Atak na szczyt

Punktualnie o godz. 4:10, w chwilę po moim budziku, podobne dźwięki usłyszałem z sąsiednich namiotów. Jednak pierwsze osoby wyszły dopiero 20 minut później. Przy śniadaniu spotykamy się prawie wszyscy, tylko Piotrek nie ma chęci iść, mówi, że za bardzo zmęczył się wczoraj i musi jeszcze odpocząć.

Dziś już przy wyjściu ubieramy uprzęże, bierzemy liny do plecaków i sprawdzamy lonże. O godzinie 5:30 wszystkie zespoły są już w drodze, wspinamy się ścieżką po kamieniach i śniegu. Ślady są bardzo zatarte i widać jak niewielu ludzi chodzi tędy przed sezonem. Po godzinie podejścia, gdy kończą się ostatnie kamienie, ubieramy raki i wchodzimy na śnieżną połać lodowca Kodnitzkees, chociaż typowym lodowcem trudno to nazwać. To tutaj, to jednolite płaskie pole śnieżne i tylko w oddali widać większe lub mniejsze rozstępy, tam gdzie teren pod śniegiem gwałtownie opada. Powoli zbliżamy się do skalnej grani Burgwartscharte (3104 m n.p.m.), im bliżej tym śnieg jest bardziej stromy. W oddali widać już pierwsze liny poręczowe do wpinania się, ale umyślnie je omijamy. Wykorzystując raki podchodzimy stromym śniegiem powyżej skalnej grani, obchodząc ją naokoło i dopiero gdy kończy się śnieg, wchodzimy na grań. Na kamieniach robimy chwilę przerwy. Dokąd teraz iść? Chyba dalej do góry, ale sami nie wiemy. Przy dobrej pogodzie i widoczności znalezienie trasy nie powinno stanowić trudności, ale teraz? Pogoda od samego rana nie wróżyła najlepiej, ciemne chmury zasłaniały dużą część nieba, a teraz gęsta mgła zupełnie wszystko przykryła. Widoczność mamy na kilkanaście metrów i dobrze nie widać gdzie się wspinać.

Zostawiamy grupę i razem z Rafałem i Grześkiem podchodzimy trochę wyżej zbadać drogę. Grań nie wygląda obiecująco, dość wąska i stroma. Od samego rana, z braku słońca kamienie pokryte są dodatkowo cienkim, bardzo śliskim lodem. Z prawej strony grani stroma przepaść, z lewej nie mniej stromy lodowiec, z którego przed chwilą przyszliśmy. Jednak nie dalej niż 15 metrów od miejsca gdzie się zatrzymaliśmy, odkrywamy liny poręczowe, znak, że jednak dobrze idziemy. Wracam po resztę grupy, a tu właśnie trwa głosowanie, czy schodzimy. Tak jak przypuszczałem, dziewczyny zobaczywszy grań trochę się obawiają, ale obietnica bliskiego ubezpieczenia drogi dodaje im trochę otuchy. Poręczówkę stanowi gruba stalowa lina w dość dobrym stanie, zaczepiona do skały solidnymi punktami.

Powoli przepinając się i podchodząc coraz wyżej po 3,5 godziny od wyruszenia, dochodzimy wreszcie do schroniska Erzherzog-Johann-Hutte na wysokości 3454 m n.p.m. Do szczytu zostało już tylko 347 m. Schronisko, podobnie jak Studlhutte jest również czynne dopiero od lipca, ale zimową porą udostępniony jest schron. Czytałem, że jest powyżej schroniska ale po wyjściu na grań nic nie znalazłem. Z drugiej strony też brak jakiegokolwiek wejścia, wszystko przykryte białą, zmrożoną warstwą. Dopiero Kaśka po chwili znalazła z tyłu schroniska niepozorne drzwi. Może dlatego nie zwróciły mojej uwagi, bo do połowy były przysypane śniegiem. Otwierają się jednak dwuczęściowo i górną częścią, po paru akrobacjach schodzimy na podstawione wewnątrz krzesło i na podłogę w schronie. Jest tu kilka pomieszczeń. Jeden przedsionek, główna sala z czterema łóżkami, na których wyłożone są stare koce i schody do toalety w piwnicy. Chwilę tutaj wykorzystujemy na uzupełnienie zapasów energii i po 20 minutach znowu zakładamy raki przy schronisku.

Czytaj dalej - strony: 1 2

Komentarze: 2

    karol, 4 lipca 2011 @ 01:19

    Kiedy spojrzałem na to zdjęcie, poczułem klimat.
    Wrócić jest czasem trudniej niż brnąć do góry.

    vers, 6 lipca 2011 @ 15:29

    Nooo! fajna fota.

Dodaj komentarz
(Dozwolone typy plików: jpg, gif, png, maksymalny waga pliku: 4MB.)
(wymagany, niepublikowany)
Wszystkie materiały zamieszczone na naszym portalu chronione są prawem autorskim. Możesz skopiować je na własny użytek.
Jeśli chcesz rozpowszechniać je dla zysku bez zgody redakcji i autora – szukaj adwokata!
Zamknij