Otavalo
Targ jednodniowy, ale za to jaki!

W sobotę ściągają tutaj kupcy i sprzedawcy z całego Ekwadoru na największy targ w kraju. A skoro jestem w zakupowym raju, dzisiejszy dzień, bez żadnych wyrzutów sumienia, mam zamiar spędzić właśnie na zakupach.
Tagi: ,
Podoba Ci się ten tekst? Powiedz o tym innym na FacebookuPolub ten wpis na FacebookuPolub wpis na Facebooku
Sprawdź nasz Instagram
fot: Municipio de Otavalo
Otavalo. Targ jednodniowy, ale za to jaki!
Stragany mienią się od tysiąca barw, uginają od przeróżnych towarów. Nie jest to bynajmniej jakiś chiński kicz, tak często spotykany w innych tego typu miejscach. To piękne, ręcznie tkane hamaki, plecione kapelusze Panama, swetry, czapki, poncza z alpaki, biżuteria...
Uwaga! Materiał został zamieszczony w naszym portalu już ponad rok temu.
A świat się zmienia… Niektóre informacje praktyczne mogą okazać się nieaktualne!

Nie jestem fanką dokładnego, co do dnia, planowania podróży, ale jadąc do Otavalo musiałam zrobić wyjątek. Wykalkulować wszystko tak, żeby znaleźć się w tym mieście w sobotę, bo właśnie tego dnia ściągają tutaj kupcy i sprzedawcy z całego Ekwadoru na największy targ w kraju.

Z Quito podróż trwa niecałe dwie godziny, widoków niestety brak, ponieważ szyby autobusu zamalowane są ciemną farbą mającą chronić pasażerów przed słońcem. Po przyjeździe nikt nie rozumie, gdy pytam jak dostać się na targ ? przecież targ tego dnia to cale miasto. Rzeczywiście, wystarczy podążać za kramami żeby trafić do centrum. Mieszkańcy już od dawna żyją wyłącznie z dochodów z sobotniego targu, w pozostałe dni tygodnia podróżują, często poza granice kraju, sprzedając swoje wyroby.

Skoro jestem w zakupowym raju dzisiejszy dzień, bez żadnych wyrzutów sumienia, mam zamiar spędzić właśnie na zakupach. Wcześniej przygotowałam sobie listę, co chcę kupić, wybrałam z bankomatu dokładną kwotę gotówki, jaką będę potrzebować i zostawiłam plecak w hotelu. Te wszystkie dokładne przygotowania są jak najbardziej usprawiedliwione, liczba klientów na targu jest tutaj bowiem proporcjonalna do liczby kieszonkowców i złodziejaszków, czyli kilku tysięczna.

Czas ruszać na zakupy. Stragany mienią się od tysiąca barw, uginają od przeróżnych towarów. Nie jest to bynajmniej jakiś chiński kicz, tak często spotykany w innych tego typu miejscach. To piękne, ręcznie tkane hamaki, plecione kapelusze Panama (te oryginalne, wbrew nazwie pochodzą właśnie z Ekwadoru), swetry, czapki, poncza z alpaki, biżuteria robiona z bardzo popularnego tutaj warzywa (kształtem przypomina ziemniak ale po wysuszeniu jest twardy jak skała, barwiony na rożne kolory) plecione torby i koce, tradycyjne ubrania, alkohol pisco? Sprzedawczynie ubrane w barwne stroje ludowe stanowią nie mniejszą atrakcję niż sam market. Handlarze nie są tutaj tak nachalni jak w innych częściach kraju, ale jak tylko spostrzegą zainteresowanie towarem, nie wypuszczą już klienta bez zakupu. Umiejętności negocjacji są tu równie niezbędne co gotówka, która wyparowuje z kieszeni w kilka minut.

Idąc wzdłuż kramów docieram do drugiej części miasta. Tutaj znajduje się targ z jedzeniem. Od najdziwniejszych owoców i warzyw po mięso i zwierzęta ? wszystko to zapełnia plac i przylegle uliczki. Mój zakupowy rekord życia: sześć godzin mija w mgnieniu oka. Miasto zamiera ok. godz. 17. Wtedy to sprzedawcy powoli zamykają swoje kramy, układają towary na wozach, rowerach, samochodach i odjeżdżają. Mimo że mieszkam w centrum, już o godz. 18. miasteczko jest puste i ciche. Cały gwar i hałas zniknął w ciągu niecałej godziny.

Z samego rana z trudem rozpoznaję miejsca, po wczorajszym targu nie ma już najmniejszego śladu, po ulicach znów jeżdżą samochody, centralny plac wydaje się teraz taki mały. Za tydzień wszystko znowu zacznie się od nowa, a ja tymczasem opuszczam ten jednodniowy latynoski dom handlowy. Na szczęście w autobusie nikt nie pomalował szyb, mogę wiec spokojnie podziwiać górzysto-wulkanową scenerię, w jaką wciśnięte jest to kupieckie miasto.

Jadę teraz do Ibarra, gdzie chcę od razu przesiąść się do autobusu do kolejnego miasta  ? Tulcan. Tutaj jednak nawet zwykła przesiadka nie jest taka prosta. Po przyjeździe okazało się, że do Tulcan autobusy odjeżdżają z drugiego końca miasta i to nie z dworca, ale łapie się je na środku ulicy. I w taki sposób zdobywam  kolejne nowe doświadczenie. Ponieważ  autobus się nie zatrzymuje, a jedynie zwalnia, muszę w biegu zdjąć olbrzymi plecak, podać go mężczyźnie który wyskoczył na chwilę żeby włożyć go do bagażnika, a potem jeszcze wskoczyć do środka autobusu? I to wszystko w japonkach. Przez kilka kolejnych godzin moje stopy są zadeptywane przez tłum pasażerów. Nie ma już wolnych miejsc więc jadę do Kolumbii na stojąco.

Poczytaj więcej o okolicy:

Komentarze: 2

    arcane, 6 kwietnia 2011 @ 10:16

    Piękne podróże, szczególnie mój zachwyt wzbudza Ameryka Południowa. Północną udało mi się już odwiedzić, jednak Południowa jest wg mnie znacznie ciekawsza i warta zobaczenia, albo może nawet spędzenia emerytury ? Problem tylko w tym, że zostało do niej jakieś 40 lat… :)
    pozdrawiam
    D. Kwilosz

    redakcja, 7 kwietnia 2011 @ 13:16

    Zapraszamy zatem do opisania północnoamerykańskich podróży na stronach Otwartego Przewodnika Krajoznawczego jeszcze przed emeryturą!

Dodaj komentarz
(Dozwolone typy plików: jpg, gif, png, maksymalny waga pliku: 4MB.)
(wymagany, niepublikowany)
Wszystkie materiały zamieszczone na naszym portalu chronione są prawem autorskim. Możesz skopiować je na własny użytek.
Jeśli chcesz rozpowszechniać je dla zysku bez zgody redakcji i autora – szukaj adwokata!
Zamknij