Mürzzuschlag
Jak kolej zaprowadziła na stoki
Gdy Johann von Habsburg modernizował region chyba przez myśl mu nie przeszło, że ta industrializacja błyskawicznie przybierze turystyczny wymiar.
Hochsteiermark to potężna historia, która zmieniała losy świata, wpisana dziś na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Mowa o Semmeringbahn – pierwszej na świecie górskiej kolei żelaznej o normalnym torze. To właśnie to inżynieryjne arcydzieło spięło tutejsze huty i kopalnie z resztą globu, generując fascynujący paradoks. Mało kto bowiem pamięta, że tutejsze zakłady metalurgiczne w okolicach Mürzzuschlag napędzały… amerykański Dziki Zachód. To stąd, z głębokich styryjskich dolin, wywożono tony stali, z której później kuto tory przecinające prerie Ameryki Północnej. Tak jak waszyngtoński Kapitol powstał w części z białego kamienia z chorwackiej wyspy Brač, tak amerykański sen o kolei rodził się w piecach styryjskich hut.
Początki globalnego szaleństwa
Gdy jednak stalowy szlak połączył Wiedeń ze Styrią, ta stricte przemysłowa infrastruktura niespodziewanie otworzyła drzwi dla nowej, zimowej rewolucji. Nie w szwajcarskim Davos czy St. Moritz ale tutaj, u podnóża góry Stuhleck, w 1890 roku powstała pierwsza stacja narciarska w Alpach. Wiedeńscy pionierzy, korzystając z błyskawicznego połączenia kolejowego, zaczęli masowo zjeżdżać w te rejony. A miejscowi w ułamku sekundy musieli nauczyć się obsługiwać gości, którzy zamiast kilofów i kontraktów na stal, przywozili ze sobą parę drewnianych desek i niepohamowaną żądzę alpejskiej przygody.
Te pierwsze, nieporadne ślizgi na śniegu dały jednak początek globalnemu szaleństwu, które dziś doczekało się swojej własnej, monumentalnej świątyni. Właśnie w Mürzzuschlag, zaledwie rzut beretem od dawnych przemysłowych bocznic, uruchomiono Muzeum Sportów Zimowych z jedną z największych i najbardziej unikalnych kolekcji sprzętu zimowego na świecie. Na 1,3 tys. m kw. zdeponowano ok. 50 tys. artefaktów narciarstwa. Każdy, kto choć raz poczuł magię białego szaleństwa, poczuje tu ciarki na plecach.
Majtki Mancuso i kurtka Stenmarka
To nie jest zwykła, zakurzona galeria. Prawdziwi miłośnicy białego szaleństwa dosłownie padają tu na kolana z wrażenia. Powodem są unikalne, osobiste pamiątki po absolutnych bogach światowego narciarstwa alpejskiego. W gablotach lśnią kombinezony, kaski i deski, na których historię pisali Ingemar Stenmark, Marcel Hirscher, Alberto Tomba, Sofia Goggia czy Julia Mancuso. Ta ostatnia, znana z poczucia humoru, podarowała swoją sportową bieliznę.
Muzeum skrywa też niesamowite, żywe historie, którymi nie dzielą się foldery reklamowe. Oglądając z zachwytem kolekcję retro nart, przypomniałem sobie słynny, ostatni zjazd w karierze Didiera Cuche’a w Schladming w 2012 roku, który Szwajcar pokonał w historycznym, skórzanym stroju i na drewnianych nartach z lat 20. Gdy wspominam o tym dyrektorowi muzeum, Hannesowi Nothnaglowi, ten uśmiecha się szeroko. – Wiem o tym doskonale. Bo to były moje prywatne narty i mój stary strój, które Didier pożyczył ode mnie na ten pożegnalny zjazd! – rzuca rozbawiony.
Chwilę później dyrektor zaprasza mnie do swojego gabinetu. W ramce na biurku stoi wspólne zdjęcie Hannesa i Didiera Cuche’a, dokumentujące tę niezwykłą historię. Największe wrażenie robi jednak coś innego. Tuż obok fotografii, o ścianę gabinetu, stoją niedbale oparte nowoczesne, wyczynowe narty. Dyrektor, łapiąc moje zaciekawione spojrzenie, rzuca mimochodem, jakby chodziło o porzuconą w kącie parasolkę. – A to? To narty, które właśnie podarował nam Vincent Kriechmayr.













Dodaj komentarz