W Lienz góry nie są tłem. One są bohaterem. Mają w sobie coś teatralnego – ostre krawędzie, pionowe ściany, światło, które zmienia się jak scenografia. To tu widać najlepiej, jak bardzo Lienz jest „dolomicki”.
To jest Austria, ale z francuskim twistem: zero dojazdów, zero skibusów, zero kombinowania. Wychodzisz z hotelu, zapinasz narty i jedziesz. Wracasz? Zjeżdżasz pod drzwi.
Żaba na Skrzycznem jest symbolem Szczyrku. Bo to właśnie od skrzeczenia żab miała się wziąć nazwa najwyższego szczytu w okolicy. Zamieszkiwały one ponoć leżące kiedyś miedzy Skrzycznem a Małym Skrzycznem jeziorko.
Jest tu 75 kilometrów tras – od szerokich carvingowych autostrad po kameralne ścieżki w lesie. Najbardziej znane jest Bergkastel, rodzinne centrum narciarskie, gdzie dzieci uczą się pierwszych skrętów.
Spacerek mogę polecić z czystym sumieniem. Zwłaszcza że – jak wspomniałam – w dzień powszedni nie było tam tłoku. Sześciokilometrową trasę można dowolnie przedłużać o nieprzetarte odcinki szlaków.
Bliskość wzgórz sprawia, że jednego dnia można połączyć wypoczynek nad morzem z wędrówką widokowymi szlakami biegnącymi powyżej brzegu morza. Riviera dei Fiori słynie z pięknych plaż.
Nazwa rezerwatu związana jest z lokalną legendą o diable, który rzekomo ukarał nieposłuszne osobniki swojego gatunku zamieniając je w kamienie.
Rezerwat Gagaty Sołtykowskie, jeden z tych, które który odwiedziłem ostatnio, znajduje się w nadleśnictwie Stąporków w powiecie koneckim. Słynie z tego, że w latach 70. XX w. znaleziono w nim gagaty, od których rezerwat otrzymał nazwę.
Z rzadka rozrzucone w dolinach wsie zasiedlone były przez rosyjskich chłopów, których osadzał w tym strategicznym i odciętym od reszty Rosji rejonie carat. Władze sowieckie także wysyłały tam osiedleńców z zachodnich części kraju.
Jest ośmioosobowa, szybka, cicha, z podgrzewanymi siedzeniami i osłoną przeciwśniegową. Wywozi 2400 narciarzy na godzinę. Krzesełka wyposażono w system podgrzewania i stabilizatory kołysania.
