Wygląda na to, że Islandczycy starają się ustanowić naturalne limity dla turystycznej inwazji. Drogie noclegi i wyżywienie oraz ograniczone inwestycje w infrastrukturę wcale nie mają ułatwiać podróżowania.
Park różany to nie tylko po prostu plantacje kwiatów. Te są doskonale zaaranżowane jako elementy większej koncepcji. Ogrody tematyczne, secesyjne fontanny i rzeźby stanowią równie piękne dopełnienie wystroju.
Czegóż tu nie ma: chałupy z glinianymi klepiskami, wodne i wiatrowe młyny, stodoły na zrąb zakładane, spichlerze, olejarnie słomą kryte, kuźnie i drewutnie, ziemne lepianki, piece chlebowe, studnie z żurawiem, cerkwie z gontowymi dachami...
Rzeczka rozszerza się, to znów zwęża. Tworzy prawdziwy labirynt. Otaczają nas tataraki, na wodzie nenufary, strzałki wodne i grążele. Nie jest łatwo przebijać się przez gęstwinę.
Chodząc po miasteczku i zaglądając również w zaułki i okolice miejskich murów, zauważyłem zaledwie dwa domy zaniedbane. Domów szachulcowych jest tu rzeczywiście mnóstwo, stoją niekiedy po kilka obok siebie, ale nie dominują.
Kwintesencją parku krajobrazowego są ogromne głazy narzutowe, wydobywane w łużyckich kopalniach. Wystarczyło zebrać 7 tysięcy tych ogromnych kamieni w jednym miejscu, zaaranżować ich skupiska by osiągnąć efekt niezwykły.
Przez Sardes przepływała wzbogacająca go rzeka Sart Çayı (dawniej Paktolos) niosąca ze swoimi wodami złoto, które stało się źródłem ogromnego bogactwa króla Krezusa.
Wśród tutejszych artykułów regionalnych znakomite są szynki i różne warianty kiełbas oraz sery. Zwłaszcza oueso de Burgos, biały, miękki, tłusty ser wytwarzany niegdyś z mleka owczego, obecnie głównie krowiego.
W latach 90. XX w. zdecydowano o wygaszaniu odkrywki węgla brunatnego. Ogromne jamy, z których wydobyto 2 miliardy ton węgla brunatnego, postanowiono zalewać wodą. I tak powstało Pojezierze Łużyckie.
W naszym hotelu goście nosili cztery rodzaje opasek na ręce. Kolory miały szczególne znaczenie. Zielone opaski oznaczały all inclusive, czyli pełne wyżywienie i napoje w cenie.
