Anna Ochremiak Artykułów: 623 ; Komentarzy: 208
Był taki rok, że miałam tylko dwa tygodnie urlopu. Spędziłam je w połowie w Paryżu, w połowie w Bieszczadach. I gdyby dana mi była tylko połowa tego czasu, wybrałabym Bieszczady. Bo tak.
Trochę świata już widziałam, ale ciągle poza zasięgiem pozostają dwa miejsca, które po prostu chciałabym zobaczyć: Ziemia Ognista i Spitsbergen. Może się jeszcze uda. Póki co z miasta uciekam do małej wsi w Beskidzie Niskim, do której elektryczność dotarła dopiero w 1974 roku, a na asfalt dała (niestety) dopiero Unia. Siadam sobie na przyzbie i patrzę, jak słońce wschodzi na wschodzie, zachodzi na zachodzie. I tak jest dobrze.
Jestem redaktorem tego oto Otwartego Przewodnika Krajoznawczego. Zapraszam wszystkich do czytania… i do pisania.
Trasa ma 1722 metrów, różnica poziomów wynosi 130 metrów. Prowadzi z St. Moritz do sąsiedniej Celeriny. Przejazd trwa około 75 sekund, bobslej mknie ponad sto kilometrów na godzinę. Najszybsi rozpędzają się do 135 km/h. Pojechać może każdy, kto ukończył 18 lat.
Ta historia, nazywana zakładem Bradutta, powtarzana jest w rocznicowym roku bez końca. Uważa się ją za początek turystyki zimowej w Szwajcarii, w Alpach, na świecie. A jej bohater, hotelarz z St. Moritz sprawił, że miejscowość ta stała się pierwszym i do dziś chyba najbardziej znanym zimowym kurortem.
Wieża była jedną z ważniejszych w okolicy, znajdowało się w niej centrum dowodzenia odcinka – odbierano tu sygnały z sąsiednich wież (trudno to dziś sobie wyobrazić, bo teren wokół zabudowano) oraz z instalacji elektrycznych nad kanałem.
Takich wież było wzdłuż muru 200. Nosiły symbol BT-6, a budowano je do 1966 roku. Oddalone były od siebie o 250-300 metrów, dzieliła je zatem odległość, którą łatwo było ogarnąć kałasznikowem. Strażnica określana była mianem panoramicznej.
Wzdłuż linii przebiegu Muru Berlińskiego, przez centrum miasta, na długości 16 kilometrów ustawiono 8 tysięcy baloników, świecących nocą. Wzdłuż tej linii przez trzy dni i noce wędrowali ludzie – berlińczycy, goście i turyści.
Przechodzę przez mostek na malutkiej tu jeszcze rzeczce Inn i ruszam szutrową ścieżką pod lasem, który dotyka tu wody – to Stazerwald (God da Staz). Skraj wielkiego kompleksu leśnego pokrywającego stoki masywu Bernina...
Pomieszanie dawnych funkcji i nowych odbija się w architekturze tej miejscowości – wsi o wyglądzie małego miasteczka. Najbardziej zafascynowały mnie okna… Co widać na zdjęciach.
Jest to muzeum nowoczesne – nie zbieracze więc, a ekspozycyjne, multimedialne. Jest tu trochę prawdziwych eksponatów z epoki, koncepcja jednak oparta jest na obrazie i słowie.
Zrekonstruowano w znacznym stopniu budynek przywracając pomieszczeniom dawne funkcje a całości secesyjne dekoracje i wyposażenie „z epoki”. Także część pokoi urządzono w ten sposób....
Zejście – według drogowskazów – zajmuje dwie godziny. Ale to sam marsz. Trzeba zarezerwować trochę czasu na rozglądanie się po okolicy, czytanie informacji na tablicach i na czekanie, aż na wiadukt wjedzie jakiś pociąg… Wszak to jest największą atrakcją tej wycieczki.

